sobota, 2 maja 2015

Sowa #1

Dzisiaj jest 2 Maja czyli 17 rocznica Bitwy o Hogwart. Polegli tam moi ukochani bohaterzy Tom Riddle, Remus Lupin, Fred Weasley i Bellatrix. Zapalmy czarodzieje różdżki dla nich i zapamiętajmy ich imiona. W końcu polegli aby wszyscy mogli być wolni co tam, że Bella i Tom byli śmierciożercami. Z okazji rocznicy jeszcze dzisiaj pojawi się rozdział. Napiszcie w komentarzu kogo śmierć najbardziej was dotknęła 



środa, 29 kwietnia 2015

Rozdział III

Isabella
Gdy pierwsze promienie światła padają na moją umęczoną twarz wstaję z łóżka po nieprzespanej nocy. Zdejmuję czerwoną, poszarpaną bluzę i podchodzę do drzwi z zamiarem udania się do pokoju Jimmiego aby ukraść mu jakiś ciuch. Jednak przy samych drzwiach niepewnie się zatrzymuje, nie wiem co robić dalej. Czy mogę po prostu wpaść znów w życie, w którym praktycznie nie uczestniczyłam przez sześć lat? Nie wiem, nie wiem, nie wiem… A przecież przez ostatnie lata nie było by takiego pytania. Hermiona Granger wszystko wiedziała, Isabella Potter nic. W końcu była tylko przykrywką, niemożliwe jest żebym stała się nią. Prawda? Nie, to bez sensu to część mnie nie do zastąpienia w pewnym sensie udawałam, ale tylko na początku. Jestem jaka jestem nic tego nie zmieni. Popycham drzwi, a one otwierają się z cichym skrzypnięciem. Wychodzę na długi korytarz, którego bordowe ściany pokryte są fotografiami. Przechodzę do pokoju Jamesa gdy moją uwagę zwraca jedna z nich jest czarno-biała i zrobiona przez nas pierwszego dnia w Hogwardzie. Jesteśmy na niej w czwórkę ja, Remus,Syriusz i James, przejeżdżam lekko po lekko zakurzonej ramce. Uśmiecham się pod nosem, czy te czasy powrócą? Mam nadzieję. Wchodzę na palcach do pokoju brata i aż zatrzymuję się z wrażenia. W tym pomieszczeniu przeszło chyba tornado. Ciuchy leżały wszędzie na fotelu, łóżku, komodzie, biurku, papierk i śmiecie walały się pod nogami, a pośród tego wszystkiego spał spokojnie rozwalony na całej długości James. Przewracam oczami jak w tym chlewie można żyć? Ostrożnie manewrując między gratami podchodzę do szafy i wyjmuję z niej czerwoną koszulkę z godłem Gryffindoru. Wychodzę tyłem z pokoju i wpadam na kogoś. Gwałtownie odskakuję przeczulona jakby nadal trwała wojna, przypadkiem potykam się o spodnie Jimmiego i upadam. Słyszę nad sobą czyjś śmiech i patrzę na osobę, przez którą tu wylądowałam. Nade mną stoi uśmiechając się szeroko Syriusz Black. Wyciąga do mnie pomocną dłoń, a ja chwytam ją pewnie i wstaje. Gdy patrzę w ciemnoszare oczy Łapy widzę jego spadającego i umierającego w Ministerstwie, zielony promień śmierci mknący ku jego piersi, histeryczny śmiech Bellatrix… Moje oczy napełniają się łzami, niespodziewanie przytulam chłopaka i mocno wtulam się w niego. Przez chwilę stoi zszokowany, ale po sekundzie oplata mnie rękami. Zdradza go przyjaciel. Patrzy na ciała przyjaciół. Jest w więzieniu. Zabija go Bellatrix. Czy tak miało wyglądać życie Syriusza? Przepełnione cierpieniem? Nie taki los mu był pisany. Gdyby oni tylko pamiętali… Nie wydarzyło by się tyle zła na świecie. Nadal Voldemort by nam zagrażał, ale jego najwierniejsi śmierciożercy stali by się wierni Zakonowi. Wierni samym sobie.  Wyplątuje się z objęć przyjaciele i szybko mrugam odpędzając łzy.
-Cześć Łapo
-Część Kle
Podnoszę brew do góry udając zirytowanie jednak w duchu śmieje się.
-Czy aby przypadkiem nadal nie rozumiecie, iż przezwisko Kieł jest męskie. TEN kieł. Nie TA kieł. A już myślałam, że czegoś was w tej szkole nauczyli.
Syriusz uśmiechnął się nonszalancko jak gdyby nic się przed chwilą nie stało. Byłam mu za to wdzięczna.
-Śniadanie za pięć minut panienka sobie życzy?-spytał łobuzersko, a ja popatrzyłam na niego podejrzliwie.
Ciekawe ile jeszcze pożyje na jedzeniu, które dałby mi Black. Powoli skinęłam głową niepewna czy oddać w jego ręce swoje życie. Weszłam do łazienki i szybko umyłam całą twarz, a włosy związałam w kucyka. Z rozżaleniem zauważyłam, iż na mojej prawej ręce w dalszym ciągu widnieje szkaradna blizna, którą zawdzięczałam Bellatrix. W roztargnieniu przejechałam palcami po wyrytych na mej ręce literach, a w moim umyśle niczym żywy stanął obraz tortur mi zadanych. Agonia, w której jedyną nadzieją była śmierć, która uparcie nie chciała nadejść. Szlama jest tym czym byłam, kolejnym kłamstwem w mej historii,bolesnym upokorzeniem. Jestem czystokrwista, nie jest moja obsesją bycie lepszym od innych ale czy musiałam tyle nocy przepłakać z powodu tego słowa które w dalszym ciągu pozostawało nie prawdą. Wciągnęłam przez głowę bluzę i starannie zakryłam bliznę, obrzydliwą skazę na mym ciele, nie dającą zapomnieć o krzywdach mi wyrządzonych. Jestem zdrowa nic mi nie dolega, ale cienie przyszłości, a mojej przeszłości ciągną się za mną niczym stalowe łańcuchy. Patrzę w lustro obramowane złotem i widzę siebie. Mam umęczone brązowe oczy z plamkami złota i czarne długie włosy, których końce są poszarpane. Moją twarz zdobią zadrapania, a wory pod oczami odznaczają się fioletem na mojej jasnej skórze. Ile musi minąć aby przestała wyglądać jak ofiara wojny? Już nie liczę, na to że zapomnę ale przynajmniej mam nadzieję, iż zdobędę na tyle sił aby udawać.
William
Nie wiem co to było. Mój umysł nie potrafi ogarnąć tego cię się zdarzyło. Granger nie jest tym za kogo się podawała, przeszła przez ten portal… pytanie dokąd? I czym jest to co znalazłem? Niby zwykły medalion jednak w środku... Zaklęcie na niego rzucone musiało być niezwykle silne. Wracam wolnym krokiem do zamku przedzierając się przez gąszcza. Nagle słyszę szelest liści za mną. Obracam się gwałtownie, przed sobą widzę umęczoną twarz Amycusa Carrow. Automatycznie sięgam po różdżkę i celuję w nią w mężczyznę. Śmierciożerca śmieje się histerycznie.
-Williamie czyżbyś mnie nie poznawał? Prawda upadliśmy ale nadal jest szansa, iż wygramy. To my jesteśmy potęgą tego świata-jego chrapliwy głos przerywa ciszę a ja mimowolnie się wzdrygam.
-Ja nigdy nie byłem po waszej stronie-syczę przez zaciśnięte zęby.-Drętwota!
Promień miał sparaliżować mężczyznę, ale on jedynie nadal się śmieje nawet się nie zorientowałem kiedy wyczarował blokadę.
-Avada Kadavra!-krzyczy Carrow
Zielony strumień magii powinien był mnie zabić gdybym nie rzucił się na ziemię w ostatniej chwili. Uderzam boleśnie kolanem o wystający korzeń ale i tak lepsze to niż śmierć. Zanim czarodziej rzuci ponownie śmiercionośne zaklęcie rzucam się na niego i powalam na ziemię. Wymierzam mu prawego sierpowego i zanim zdążyłem pomyśleć w moim umyśle pojawiło się zaklęcie "Drętwota" czuję jak mężczyzna zamiera. Magia niewerbalna…Jak? Na to trzeba lat ćwiczeń. Wyjmuję z kieszeni medalion wiedziony nagłym natchnieniem. Cały jest gorący jakby ktoś włożył go do paleniska. Wygrawerowany na nim kruk jarzy się czerwoną poświatą. Dotykam opuszkami palców srebro ale zaraz cofam je z sykiem. Medalion ponownie ląduje w mojej kieszeni. Muszę odkryć o co chodzi lecz jak na razie mam  wojnę do ogarnięcia.
-Wingardium Leviosa-mruczę i wykonuje charakterystyczny ruch ręką.
Ciało mężczyzny lewituje za mną gdy ponownie wznawiam drogę do Hogwartu. Gdy znajduję się na obrzeżach tak jak wcześniej ze zdziwieniem zauważam, iż wszystko opustoszało. Nie słychać już lamentów bliskich ofiar nie ma krzątających się czarodziei znoszących trupy do Wielkiej Sali. Zapadła chorobliwa cisza… Cisza czasem oznacza dobro a czasem wręcz przeciwnie, zwiastuje burzę. Nie świadomie staram się kroczyć tak aby wywołać jak niemniej hałasu. Mam przeczucie, że ta chwila cokolwiek ma się teraz zdążyć zwiastuje wielkie zmiany. Podkradam się do Sali Głównej, zauważam po drodze wielkie zniszczenia jakie odniósł Hogwart, lecz zamek da się odbudować, ludzi ożywić nie. Cisza, cisza, cisza… Nie ma nic bardziej dobijającego w tym momencie od ciszy. Wolałbym już usłyszeć okrzyki bólu, dźwięk pękających ścian, okrzyki triumfy wszystko niż to. Milczenie powoduje, że staję się niespokojny. Zostawiam Carrowa pod ścianą i  Popycham rozpadające się drzwi, a następnie wchodzę do Wielkiej ciszy. Skrzypienie rozlega się echem w ciszy. Spojrzenia ocalałych kierują się na mnie, a wszystkich jakbym wybudził z transu. Nagle parę rzeczy dzieje się naraz, Ronald Weasley rzuca się na mnie z pięściami, moi rodzice dotychczas ukryci w cieniu uśmiechają się szeroko a Dracon Malfoy patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ląduje na ziemnej posadce i uderzam głową o schody, rudzielec wali mnie pięścią w nos i słyszę nieprzyjemny dla ucha trzask łamanej kości.
-Panie Weasley!-krzyczy profesor McGonagall
Zrzucam z siebie gryfiaka i odpycham od siebie. Wstaję i podnoszę rękę do nosa.
-Wiesz co?Chyba już wolę Carrowa mimo że tamten stosował Avade żeby mnie załatwić. A teraz może łaskawie byś odpuścił bo nie chce mi się zniżać do twojego poziomu IQ
Przybieram na twarz maskę obojętności i podchodzę do rodziców. Cała sala zamiera w oczekiwaniu. Widząc uradowane spojrzenia mamy i taty wzruszam ramionami.
-Na serio myśleliście że któryś z tych niedorozwojów mógł mnie zabić?-pytam ironicznie ale mimo to pozwalam matce się przytulić.
W gruncie rzeczy cieszę się, iż nic im się nie stało w końcu są moimi rodzicami. Odwzajemniam uścisk, ale po chwili czując na sobie czyjś natarczywy wzrok wyplątuje się z uścisku. Obracam się twarzą do czerwonego ze złości rudzielca.
-Ty parszywy arystokrato jak śmiesz?!-wrzeszczy
Przewracam oczami i opieram się swobodnie o ścianę w oczekiwaniu jak skończy swój równie bezsensowny jak on sam monolog. Wyzwiska pod moim kontem padają nieustanie, a ja ziewam zrezygnowany.
-Weasley czy ty przypadkiem nie powinieneś opłakiwać brata?-pytam znudzony

Ronald zamilka i wygląda jakby ktoś go uderzył. Nagle jego twarz staje się trupio blada. Obraca się na pięcie i idzie chwiejnym krokiem w kierunku rodziny. Nikt nigdy nie mówił chyba, że wojna jest łatwa. Jeśli wam tego nie uświadomiono jestem do waszych usług w końcu czego się można było spodziewać po ślizgonie? Wojna zabiera nam wszystko co najdroższe i każdy kto się na nią porywa powinien o tym wiedzieć. W końcu to my tracimy… Zmarli już nic nie czują na ziemi pozostają tylko słodko- gorzkie wspomnienia po umarłych. Trupy nie opłakują bliskich, nie cierpią, nic nie majaczy na skraju ich pamięci niczym potwór, my, którzy przeżyliśmy powinniśmy im zazdrościć. 

~~
Można liczyć na waszą opinie? I stwierdzam, że nie umiem pisać długich rozdziałów nie wychodzą mi po prostu :( Dla mnie rozdział takie średni a wam jak się podoba? Łapcie Syriusza tu :)

sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział II

*Czasy teraźniejsze 
Isabella 
Patrzę się na ciemnoczerwony baldachim nad moim łóżkiem. Odkąd James zaprowadził mnie do domu nie zmrużyłam oka. Zegar już nie tyka, zrobiło się dziwnie cicho.  Nie muszę się śpieszyć, martwić… To dlaczego jestem tak zdenerwowana? Mam rodzinę, przyjaciół, wszystko czego mi trzeba, jedynym nieproszonym gościem w moim życiu są wspomnienia. I te piękne i te straszne wszystkie zatruwają mnie od środka niszcząc radość. Nie wyobrażam sobie innego życia niż teraz na reszcie zyskałam na wyłączność ale też brak mi tego, że już nigdy nie będę Hermioną Granger, członkinią  Złotego tria. Nikt nie rozumie tego co się ze mną działo przez ostatnie lata…
"Cisza, która zapadła w gabinecie była wręcz namacalna. 
-Dlaczego akurat ja?-wdusiłam piskliwie. 
Siedziałam na miękkim fotelu w gabinecie dyrektora, a ogień trzaskał posępnie w kominku. Za oknem szalała wichura jakby dokładnie wiedziała co czuję. Kiedy powiadomiono mnie, iż muszę stawić się do dyrektora serce zaczęło mi mocniej bić. Czyżby ktoś nas wydał? Wczoraj wieczorem udaliśmy się na obrzeża zakazanego lasu w nocy. W takim razie u dyrektora spotkam też Syriusza i Jamesa. Cudownie by było gdyby moje obawy się ziściły, niczego tak bardzo bym nie pragnęła zamiast tego Dumbledore powierzył mi misję. Super ratowanie świata i w ogóle… Tak, też pomyślałam w pierwszych minutach puki nie dowiedziałam się, że będę musiała udać się na niemal samobójczą misję do przyszłości, przyjąć nową tożsamość być daleko od rodziny i przyjaciół zmienić nawet swój wygląd! Mój umysł krzyczał "Jestem w końcu tylko dzieckiem!" ale serce podpowiadało "Skoro tylko ty możesz tego dokonać czy zawiedziesz innych?". 
-Twoja krew jest niezwykła potrafi zagiąć czasoprzestrzeń… Jesteś jedyna. Jesteś jedyną nadzieją"
Chłodne łzy znaczyły wilgotną ścieżkę na mojej twarzy. Czemu to musiałam być ja? 
"-Jimmy!-krzyknęłam uradowana 
Było to moje pierwsze spotkanie z bratem odkąd trafiłam do przyszłości. Mogłam się z nimi spotykać co tydzień, rodzice myśleli że nadal jestem w Hogwardzie i tak też było, ale nikt nie wspominał o tym, w którym roku… Wszystko stało się jasne choć bardziej pasowało by tu określenie mgliste i niewyobrażane. Wiedziałam o śmierci mojej rodziny, o osieroconym chłopcu zwącym się Harry, z którym byłam spokrewniona. Wiedziałam o domniemanej zdradzie Syriusza i problemach Remusa. Na własne oczy przekonałam się jak bardzo zmieniła się rodzina Malfoyów. Nie zliczę ile nocy przepłakałam z powodu rzeczy, z którymi będą się musieli zmierzyć moi bliscy.  Przytuliłam mocno brata i dałam kuksańca w bok Remusowi. 
-Gdzie Syriusz?-spytałam zaniepokojona brakiem przyjaciela.
-Spokojnie Izzy odbębnia szlaban.-powiedział z uśmiechem James 
Uśmiechnęłam się delikatnie tego mi właśnie brakowało przez ostatnie dwa tygodnie. 
-A reszta…?-spytałam a mój głosy przepełniony był nadzieją
-Wszyscy… Oni nic nie pamiętają.
Poczułam jak tysiące maleńkich igieł wbijają się w moje serce. Brat podał mi srebrny medalion z wygrawerowanym na nim szybującym krukiem. 
-Dumbledore kazał ci to przekazać powiedział że tam jest wszystko czego trzeba aby nie zwątpić…"
To prawda w medalionie przechowywane były tysiące wspomnień, ludzi, którzy dobrze o mnie mówili, pamięć o mnie przetrwała zaklęta w małym medalionie. Sięgnęłam do kieszeni bluzy gdzie włożyłam wisior. Nic w niej nie było… Poderwałam się gwałtownie w górę i przeszukałam wszystkie zakamarki jakie mi się udało. Nie ma go. Nie mam medalionu. Zakryłam usta ręką. Zgubiłam go! Jeśli wypadł mi w przyszłości a wspomnienia z niego się stłuką… Wolę nie myśleć co się stanie z ludźmi którzy nagle przypomną sobie wszystko co zostało im odebrane. 

*Około 4 godziny wcześniej czasy przyszłe

William 
Z mojego miejsca na skraju Zakazanego Lasu obserwuję lamenty bliskich ofiar, ludzi znoszących do Wielkiej Sali ciała poległych, wśród tego wszystkiego znajduje się jednak dobro. Triumf zapadający w serca, poczucie wolności, która zapewne jeszcze przez długi czas będzie nam dana. Wszystko ma swoją cenę, to co wywalczyliśmy wymagało najwyższej krwi, śmierci, łez… Jednak to co zyskaliśmy warte jest wszystkiego. Kiedyś zapewne wszystko pójdzie w zapomnienie, ale teraz niech triumf trwa a następne pokolenia niech cieszą się tym co zyskaliśmy. Jeśli ktoś miałby jakieś wątpliwości historia jest niczym innym jak stosem pogrzebowym ofiar, imion, wojen, triumfów i porażek. Moje rozmyślania przerywa dziewczyna biegnąca w moją stronę, a raczej krzyki w jej stronę skierowane. W uciekającej ze zdziwieniem rozpoznaję Hermionę Granger. Czy nie powinna być przypadkiem z resztą swojego Tria opłakując jednego z tych rudzielców? W końcu to jej przyjaciele czyż nie?
-Hermiona!-słyszę rozpaczliwy głos wołający zbiegłą ale ona się nie zatrzymuje
Widzę łzy spływające po jej policzkach i niemal rozpaczliwy sprint w kierunku lasu. Na błoniach stoi wołając za dziewczyną Harry Potter, ale już się poddaje odwraca się i kopie w co popadnie. Normalnie pobiegłby za nią… Co się mogło stać? Zaciekawiony patrzę jak sylwetkę Granger pochłaniają cienie lasu. Decyduję się w ułamku sekundy zawracam i biegnę za gryfonką.  Zachowuję bezpieczną odległość tak aby mnie nie zobaczyła ani nie usłyszała.  Nawet z tej odległości widzę jej sprężyste kasztanowe loki związane w niedbałego kucyka.  Nagle czuję silny wiatr chcący porwać mnie w przód. Czuję się jakbym był naprzeciw huraganu. Granger idzie dalej, a ja widzę barwne światła prześwitujące przez drzewa. Zafascynowane rozglądam się wokół i zauważam, iż włosy dziewczyn od góry stają się czarne niczym śmierć i proste. On sama nie wydaje się zadziwiona tą zmianą. Wychodzi na polanę, ja niczym w transie wpatruję się w mieniący się wieloma barwami portal. Hermiona wchodzi w niego, a wtedy wszystko ustaje… Zapada cisza, a mrok okrywa polanę. Co tu się stało?! Czuję jak moje serce galopuje, a oddech przyśpiesza. Wiem, że to wszystko było niezmiernie ważne, czuję to. Na Salazara co tu się wydarzyło. Opieram się o zbutwiały pień drzewa i staram uspokoić. Nagle mój wzrok przykuwa błysk srebra w trawie. Podchodzę tam, a palcami chwytam cienki łańcuszek, na jego końcu wisi medalion otwieram go i widzę czarną otchłań… Z boku wygrawerowane zostały dwa słowa "Isabella Potter".

~~

Ehhh nie wiedziałam już jak dołożyć do tego coś więcej tak aby nie zepsuć napięcia ani nic więc jest tyle ile jest :( Mam nadzieję że wam się spodoba ::)


środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział I

Stoję na szczycie jednej z niewielu nienaruszonych, hogwardzkich wież. Z dołu widzę ruiny z tego co niegdyś było moim domem. Żałoba, płacz, serca rozdzierające się na samo wspomnienie zmarłych… Po środku tego wszystkiego ja. Osoba, która widziała więcej niż niejedne z nich. Dziewczyna będąca starszą niż się wydaje. Której bliscy zginęli. Nie nazywam się Hermiona Granger to była tylko powłoka zbudowana po tym aby każdy uwierzył w gryfońską kujonkę. To jednak nie moje imię to kim byłam przez ostatnie lata pryska w tej chwili… Wracają hebanowe włosy i niebieskie oczy, nic nie pozostanie po sobie którą znali. Ale jeszcze nie teraz… Jeszcze muszę pożegnać przyjaciół. A potem… Potem wrócę do domu, a wspomnienia ciążyć mi będę niczym najgorszy koszmar, ale przeżyję. Muszę. Łzy napływające do oczu piekące zranienia to nic. Ja wiem to czego inni nie wiedzą. Wrócę i co? Wiedza, którą los mnie obdarował z każdym dniem będzie mnie wyniszczać. Znam ich los, kiedy nastąpi kres ich czasu! Ja nie chcę tak żyć. Ale muszę. Brat, przyjaciele, rodzina czekają. Liczą, że w końcu na stałe wrócę do domu. Ściskam w ręku srebrny medalion z wizerunkiem szybującego kruka a lśniąca łza spływa mi na policzek.
-Przecież obiecałam Jimmy…
Chowam pamiątkę do obszarpanej kieszeni czerwonej bluzy i krętymi schodami schodzę na dół, a każdy stopień przybliża mnie do ostatecznej rozłąki. Złote trio zostanie zerwane. Hermiona Granger na zawsze opuści przyjaciół. W głowie słyszę miarowe tykanie zegara. Tik-tak tik-tak. Jeszcze tylko piętnaście minut. Mam jedynie tyle zanim moje ciało zmieni się na dobre. Tik -tak. Zegar tyka, a ja wraz z nim. Popycham osmolone drzwiczki i wychodzę na zrujnowany przez wojnę korytarz. Moje kroki odbijają się echem. Cisza jest przytłaczającym zjawiskiem raz ukojeniem dla duszy innym razem rani niczym ostrze sztyletu. Po chwili dochodzę do Wielkiej Sali w niej ułożone obok siebie, przykryte prześcieradłami leżą ciała, z których uleciały już strzępy duszy. Widzę Dracona Malfoya stojącego przy ścianie z twarzą okrytą maską jednak ja widzę to co pod nią rozpacz, strach, poczucie winy. Mam wrażenie, iż przed oczami staje mi jego ojciec roześmiany ślizgon z nieodłączną bandą ale też Cyzia jedna z tych które mimo, iż nie chcą błyszczeć wyróżniała się w tłumie. Widzę Nevilla przytulającego Lunę i czuję się jakbym nadal miała naście lat i widziała Franka zawsze owianego sławą. Łzy pragną abym je uwolniła ale jeszcze nie czas na to. Moje przedstawienie musi zyskać koniec…
-Harry-szepczę
Widzę czarną czuprynę pochyloną na Ronem i nigdy bardziej nie byłam skłonna  pomylić go z Jamesem. Podnosi na mnie zielone oczy koloru Avady, którymi obdarzona była Lily i woła na mnie. Idę powoli w jego stronę a zegar tyka. Tik-tak. Wypędzam ból z mojego ciała i rzucam mu wściekłe spojrzenie. Raniąc jego zranię też siebie ale nie ma innego sposobu. Musi raz na zawsze o mnie zapomnieć. Niech wyprze z pamięci Hermionę.
-Ty podły kłamco!-wrzeszczę patrząc mu w oczy-To… to Ty doprowadziłeś do tego! Lupin! Tonks! Oni NIE ŻYJĄ.
Widzę jak z jego twarzy znikają kolory a ostre ostrze wbija się w moje serce. Tik-tak. Muszę się śpieszyć.
-A Syriusz?! To wszystko twoja wina! Cała śmierć spoczywa winą na tobie! Nie jesteś nic wart Chłopcze, który przeżył.

Odwracam się i biegnę do wyjścia nie może zobaczyć łez w moich oczach. Słyszę jego krzyki ale nie…nie mogę się zatrzymać. Już nie. Zakazany las jest coraz bliżej, a to co zrobiłam Harry'emu coraz wyraźniej staje mi przed oczami. Łkam a łzy moczą mi twarz. Gdy jestem blisko polany zaczyna się moja transformacja. Włosy stają się czarne niczym smoła a oczy przypominają gwiaździste niebo o zmierzchu. Gdy docieram pod portal porywisty wiatr wciąga mnie do środka. Patrzę na świetlistą powłokę bramy i bez wahania  wchodzę w światłość. Gdy znajduje się na drugiej stronie upadam na wilgotną trawę a mym ciałem wstrząsa szloch. Po chwili czuję czyjeś ręce przygarniające mnie i wdycham znajomy zapach. Przytula mnie mój brat, James Maxon Potter. 
~
~~
No i się doczekaliście! Liczę na jakieś komy(tak nie skromnie xd)

Prolog

Życie nie jest proste... A w szczególności moje. Od dzieciństwa czuję się rozdarta pomiędzy tym co dziś a tym co jutro... Jak mam żyć skoro moje serce znajduje się gdzieś daleko w przeszłości, a moje ciało pozostaje tutaj? Czemu wszędzie dostrzegam twarze bliskich, cienie minionych lat? Nazywam się  Isabella Potter ale wy znacie mnie jako...