środa, 29 kwietnia 2015

Rozdział III

Isabella
Gdy pierwsze promienie światła padają na moją umęczoną twarz wstaję z łóżka po nieprzespanej nocy. Zdejmuję czerwoną, poszarpaną bluzę i podchodzę do drzwi z zamiarem udania się do pokoju Jimmiego aby ukraść mu jakiś ciuch. Jednak przy samych drzwiach niepewnie się zatrzymuje, nie wiem co robić dalej. Czy mogę po prostu wpaść znów w życie, w którym praktycznie nie uczestniczyłam przez sześć lat? Nie wiem, nie wiem, nie wiem… A przecież przez ostatnie lata nie było by takiego pytania. Hermiona Granger wszystko wiedziała, Isabella Potter nic. W końcu była tylko przykrywką, niemożliwe jest żebym stała się nią. Prawda? Nie, to bez sensu to część mnie nie do zastąpienia w pewnym sensie udawałam, ale tylko na początku. Jestem jaka jestem nic tego nie zmieni. Popycham drzwi, a one otwierają się z cichym skrzypnięciem. Wychodzę na długi korytarz, którego bordowe ściany pokryte są fotografiami. Przechodzę do pokoju Jamesa gdy moją uwagę zwraca jedna z nich jest czarno-biała i zrobiona przez nas pierwszego dnia w Hogwardzie. Jesteśmy na niej w czwórkę ja, Remus,Syriusz i James, przejeżdżam lekko po lekko zakurzonej ramce. Uśmiecham się pod nosem, czy te czasy powrócą? Mam nadzieję. Wchodzę na palcach do pokoju brata i aż zatrzymuję się z wrażenia. W tym pomieszczeniu przeszło chyba tornado. Ciuchy leżały wszędzie na fotelu, łóżku, komodzie, biurku, papierk i śmiecie walały się pod nogami, a pośród tego wszystkiego spał spokojnie rozwalony na całej długości James. Przewracam oczami jak w tym chlewie można żyć? Ostrożnie manewrując między gratami podchodzę do szafy i wyjmuję z niej czerwoną koszulkę z godłem Gryffindoru. Wychodzę tyłem z pokoju i wpadam na kogoś. Gwałtownie odskakuję przeczulona jakby nadal trwała wojna, przypadkiem potykam się o spodnie Jimmiego i upadam. Słyszę nad sobą czyjś śmiech i patrzę na osobę, przez którą tu wylądowałam. Nade mną stoi uśmiechając się szeroko Syriusz Black. Wyciąga do mnie pomocną dłoń, a ja chwytam ją pewnie i wstaje. Gdy patrzę w ciemnoszare oczy Łapy widzę jego spadającego i umierającego w Ministerstwie, zielony promień śmierci mknący ku jego piersi, histeryczny śmiech Bellatrix… Moje oczy napełniają się łzami, niespodziewanie przytulam chłopaka i mocno wtulam się w niego. Przez chwilę stoi zszokowany, ale po sekundzie oplata mnie rękami. Zdradza go przyjaciel. Patrzy na ciała przyjaciół. Jest w więzieniu. Zabija go Bellatrix. Czy tak miało wyglądać życie Syriusza? Przepełnione cierpieniem? Nie taki los mu był pisany. Gdyby oni tylko pamiętali… Nie wydarzyło by się tyle zła na świecie. Nadal Voldemort by nam zagrażał, ale jego najwierniejsi śmierciożercy stali by się wierni Zakonowi. Wierni samym sobie.  Wyplątuje się z objęć przyjaciele i szybko mrugam odpędzając łzy.
-Cześć Łapo
-Część Kle
Podnoszę brew do góry udając zirytowanie jednak w duchu śmieje się.
-Czy aby przypadkiem nadal nie rozumiecie, iż przezwisko Kieł jest męskie. TEN kieł. Nie TA kieł. A już myślałam, że czegoś was w tej szkole nauczyli.
Syriusz uśmiechnął się nonszalancko jak gdyby nic się przed chwilą nie stało. Byłam mu za to wdzięczna.
-Śniadanie za pięć minut panienka sobie życzy?-spytał łobuzersko, a ja popatrzyłam na niego podejrzliwie.
Ciekawe ile jeszcze pożyje na jedzeniu, które dałby mi Black. Powoli skinęłam głową niepewna czy oddać w jego ręce swoje życie. Weszłam do łazienki i szybko umyłam całą twarz, a włosy związałam w kucyka. Z rozżaleniem zauważyłam, iż na mojej prawej ręce w dalszym ciągu widnieje szkaradna blizna, którą zawdzięczałam Bellatrix. W roztargnieniu przejechałam palcami po wyrytych na mej ręce literach, a w moim umyśle niczym żywy stanął obraz tortur mi zadanych. Agonia, w której jedyną nadzieją była śmierć, która uparcie nie chciała nadejść. Szlama jest tym czym byłam, kolejnym kłamstwem w mej historii,bolesnym upokorzeniem. Jestem czystokrwista, nie jest moja obsesją bycie lepszym od innych ale czy musiałam tyle nocy przepłakać z powodu tego słowa które w dalszym ciągu pozostawało nie prawdą. Wciągnęłam przez głowę bluzę i starannie zakryłam bliznę, obrzydliwą skazę na mym ciele, nie dającą zapomnieć o krzywdach mi wyrządzonych. Jestem zdrowa nic mi nie dolega, ale cienie przyszłości, a mojej przeszłości ciągną się za mną niczym stalowe łańcuchy. Patrzę w lustro obramowane złotem i widzę siebie. Mam umęczone brązowe oczy z plamkami złota i czarne długie włosy, których końce są poszarpane. Moją twarz zdobią zadrapania, a wory pod oczami odznaczają się fioletem na mojej jasnej skórze. Ile musi minąć aby przestała wyglądać jak ofiara wojny? Już nie liczę, na to że zapomnę ale przynajmniej mam nadzieję, iż zdobędę na tyle sił aby udawać.
William
Nie wiem co to było. Mój umysł nie potrafi ogarnąć tego cię się zdarzyło. Granger nie jest tym za kogo się podawała, przeszła przez ten portal… pytanie dokąd? I czym jest to co znalazłem? Niby zwykły medalion jednak w środku... Zaklęcie na niego rzucone musiało być niezwykle silne. Wracam wolnym krokiem do zamku przedzierając się przez gąszcza. Nagle słyszę szelest liści za mną. Obracam się gwałtownie, przed sobą widzę umęczoną twarz Amycusa Carrow. Automatycznie sięgam po różdżkę i celuję w nią w mężczyznę. Śmierciożerca śmieje się histerycznie.
-Williamie czyżbyś mnie nie poznawał? Prawda upadliśmy ale nadal jest szansa, iż wygramy. To my jesteśmy potęgą tego świata-jego chrapliwy głos przerywa ciszę a ja mimowolnie się wzdrygam.
-Ja nigdy nie byłem po waszej stronie-syczę przez zaciśnięte zęby.-Drętwota!
Promień miał sparaliżować mężczyznę, ale on jedynie nadal się śmieje nawet się nie zorientowałem kiedy wyczarował blokadę.
-Avada Kadavra!-krzyczy Carrow
Zielony strumień magii powinien był mnie zabić gdybym nie rzucił się na ziemię w ostatniej chwili. Uderzam boleśnie kolanem o wystający korzeń ale i tak lepsze to niż śmierć. Zanim czarodziej rzuci ponownie śmiercionośne zaklęcie rzucam się na niego i powalam na ziemię. Wymierzam mu prawego sierpowego i zanim zdążyłem pomyśleć w moim umyśle pojawiło się zaklęcie "Drętwota" czuję jak mężczyzna zamiera. Magia niewerbalna…Jak? Na to trzeba lat ćwiczeń. Wyjmuję z kieszeni medalion wiedziony nagłym natchnieniem. Cały jest gorący jakby ktoś włożył go do paleniska. Wygrawerowany na nim kruk jarzy się czerwoną poświatą. Dotykam opuszkami palców srebro ale zaraz cofam je z sykiem. Medalion ponownie ląduje w mojej kieszeni. Muszę odkryć o co chodzi lecz jak na razie mam  wojnę do ogarnięcia.
-Wingardium Leviosa-mruczę i wykonuje charakterystyczny ruch ręką.
Ciało mężczyzny lewituje za mną gdy ponownie wznawiam drogę do Hogwartu. Gdy znajduję się na obrzeżach tak jak wcześniej ze zdziwieniem zauważam, iż wszystko opustoszało. Nie słychać już lamentów bliskich ofiar nie ma krzątających się czarodziei znoszących trupy do Wielkiej Sali. Zapadła chorobliwa cisza… Cisza czasem oznacza dobro a czasem wręcz przeciwnie, zwiastuje burzę. Nie świadomie staram się kroczyć tak aby wywołać jak niemniej hałasu. Mam przeczucie, że ta chwila cokolwiek ma się teraz zdążyć zwiastuje wielkie zmiany. Podkradam się do Sali Głównej, zauważam po drodze wielkie zniszczenia jakie odniósł Hogwart, lecz zamek da się odbudować, ludzi ożywić nie. Cisza, cisza, cisza… Nie ma nic bardziej dobijającego w tym momencie od ciszy. Wolałbym już usłyszeć okrzyki bólu, dźwięk pękających ścian, okrzyki triumfy wszystko niż to. Milczenie powoduje, że staję się niespokojny. Zostawiam Carrowa pod ścianą i  Popycham rozpadające się drzwi, a następnie wchodzę do Wielkiej ciszy. Skrzypienie rozlega się echem w ciszy. Spojrzenia ocalałych kierują się na mnie, a wszystkich jakbym wybudził z transu. Nagle parę rzeczy dzieje się naraz, Ronald Weasley rzuca się na mnie z pięściami, moi rodzice dotychczas ukryci w cieniu uśmiechają się szeroko a Dracon Malfoy patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ląduje na ziemnej posadce i uderzam głową o schody, rudzielec wali mnie pięścią w nos i słyszę nieprzyjemny dla ucha trzask łamanej kości.
-Panie Weasley!-krzyczy profesor McGonagall
Zrzucam z siebie gryfiaka i odpycham od siebie. Wstaję i podnoszę rękę do nosa.
-Wiesz co?Chyba już wolę Carrowa mimo że tamten stosował Avade żeby mnie załatwić. A teraz może łaskawie byś odpuścił bo nie chce mi się zniżać do twojego poziomu IQ
Przybieram na twarz maskę obojętności i podchodzę do rodziców. Cała sala zamiera w oczekiwaniu. Widząc uradowane spojrzenia mamy i taty wzruszam ramionami.
-Na serio myśleliście że któryś z tych niedorozwojów mógł mnie zabić?-pytam ironicznie ale mimo to pozwalam matce się przytulić.
W gruncie rzeczy cieszę się, iż nic im się nie stało w końcu są moimi rodzicami. Odwzajemniam uścisk, ale po chwili czując na sobie czyjś natarczywy wzrok wyplątuje się z uścisku. Obracam się twarzą do czerwonego ze złości rudzielca.
-Ty parszywy arystokrato jak śmiesz?!-wrzeszczy
Przewracam oczami i opieram się swobodnie o ścianę w oczekiwaniu jak skończy swój równie bezsensowny jak on sam monolog. Wyzwiska pod moim kontem padają nieustanie, a ja ziewam zrezygnowany.
-Weasley czy ty przypadkiem nie powinieneś opłakiwać brata?-pytam znudzony

Ronald zamilka i wygląda jakby ktoś go uderzył. Nagle jego twarz staje się trupio blada. Obraca się na pięcie i idzie chwiejnym krokiem w kierunku rodziny. Nikt nigdy nie mówił chyba, że wojna jest łatwa. Jeśli wam tego nie uświadomiono jestem do waszych usług w końcu czego się można było spodziewać po ślizgonie? Wojna zabiera nam wszystko co najdroższe i każdy kto się na nią porywa powinien o tym wiedzieć. W końcu to my tracimy… Zmarli już nic nie czują na ziemi pozostają tylko słodko- gorzkie wspomnienia po umarłych. Trupy nie opłakują bliskich, nie cierpią, nic nie majaczy na skraju ich pamięci niczym potwór, my, którzy przeżyliśmy powinniśmy im zazdrościć. 

~~
Można liczyć na waszą opinie? I stwierdzam, że nie umiem pisać długich rozdziałów nie wychodzą mi po prostu :( Dla mnie rozdział takie średni a wam jak się podoba? Łapcie Syriusza tu :)

2 komentarze:

  1. Kochanaa ♥♥
    Cudo ♥♥♥
    Ale wiesz, że ci się czasy mieszają, prawda? Niezbyt ci czasy powychodziły, ale oprócz tego jest ok :)
    Weny, Zozolku :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi bardzo się podobał ten rozdział. Co prawda mocno namieszałaś z czasami (ale w fizyce kwantowej jeszcze gorsze rzeczy się dzieją, więc ci wybaczę ;) ), ale za to treścią nadrabiasz. Sama też wolę pisać niezbyt długie rozdziały (powyżej 4 tysięcy wyrazów zaczynam przynudzać, więc staram się tworzyć krótsze wpisy).
    Cudowne za kończenie. Bardzo mądrze napisałaś o prawach władających światem w czasie wojny. Martwi już niczym nie muszą się martwić, cały ciężar spoczywa na barkach tych, którzy pozostali.

    Zapraszam do mnie na nowy rozdział :)
    http://nocturne.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń