Isabella
Gdy pierwsze
promienie światła padają na moją umęczoną twarz wstaję z łóżka po nieprzespanej
nocy. Zdejmuję czerwoną, poszarpaną bluzę i podchodzę do drzwi z zamiarem
udania się do pokoju Jimmiego aby ukraść mu jakiś ciuch. Jednak przy samych
drzwiach niepewnie się zatrzymuje, nie wiem co robić dalej. Czy mogę po prostu
wpaść znów w życie, w którym praktycznie nie uczestniczyłam przez sześć lat?
Nie wiem, nie wiem, nie wiem… A przecież przez ostatnie lata nie było by
takiego pytania. Hermiona Granger wszystko wiedziała, Isabella Potter nic. W
końcu była tylko przykrywką, niemożliwe jest żebym stała się nią. Prawda? Nie,
to bez sensu to część mnie nie do zastąpienia w pewnym sensie udawałam, ale
tylko na początku. Jestem jaka jestem nic tego nie zmieni. Popycham drzwi, a
one otwierają się z cichym skrzypnięciem. Wychodzę na długi korytarz, którego
bordowe ściany pokryte są fotografiami. Przechodzę do pokoju Jamesa gdy moją
uwagę zwraca jedna z nich jest czarno-biała i zrobiona przez nas pierwszego
dnia w Hogwardzie. Jesteśmy na niej w czwórkę ja, Remus,Syriusz i James,
przejeżdżam lekko po lekko zakurzonej ramce. Uśmiecham się pod nosem, czy te
czasy powrócą? Mam nadzieję. Wchodzę na palcach do pokoju brata i aż zatrzymuję
się z wrażenia. W tym pomieszczeniu przeszło chyba tornado. Ciuchy leżały
wszędzie na fotelu, łóżku, komodzie, biurku, papierk i śmiecie walały się pod
nogami, a pośród tego wszystkiego spał spokojnie rozwalony na całej długości
James. Przewracam oczami jak w tym chlewie można żyć? Ostrożnie manewrując
między gratami podchodzę do szafy i wyjmuję z niej czerwoną koszulkę z godłem
Gryffindoru. Wychodzę tyłem z pokoju i wpadam na kogoś. Gwałtownie odskakuję
przeczulona jakby nadal trwała wojna, przypadkiem potykam się o spodnie Jimmiego
i upadam. Słyszę nad sobą czyjś śmiech i patrzę na osobę, przez którą tu
wylądowałam. Nade mną stoi uśmiechając się szeroko Syriusz Black. Wyciąga do
mnie pomocną dłoń, a ja chwytam ją pewnie i wstaje. Gdy patrzę w ciemnoszare
oczy Łapy widzę jego spadającego i umierającego w Ministerstwie, zielony
promień śmierci mknący ku jego piersi, histeryczny śmiech Bellatrix… Moje oczy
napełniają się łzami, niespodziewanie przytulam chłopaka i mocno wtulam się w
niego. Przez chwilę stoi zszokowany, ale po sekundzie oplata mnie rękami.
Zdradza go przyjaciel. Patrzy na ciała przyjaciół. Jest w więzieniu. Zabija go
Bellatrix. Czy tak miało wyglądać życie Syriusza? Przepełnione cierpieniem? Nie
taki los mu był pisany. Gdyby oni tylko pamiętali… Nie wydarzyło by się tyle
zła na świecie. Nadal Voldemort by nam zagrażał, ale jego najwierniejsi
śmierciożercy stali by się wierni Zakonowi. Wierni samym sobie. Wyplątuje się z objęć przyjaciele i szybko
mrugam odpędzając łzy.
-Cześć Łapo
-Część Kle
Podnoszę brew do
góry udając zirytowanie jednak w duchu śmieje się.
-Czy aby przypadkiem
nadal nie rozumiecie, iż przezwisko Kieł jest męskie. TEN kieł. Nie TA kieł. A
już myślałam, że czegoś was w tej szkole nauczyli.
Syriusz uśmiechnął
się nonszalancko jak gdyby nic się przed chwilą nie stało. Byłam mu za to
wdzięczna.
-Śniadanie za pięć
minut panienka sobie życzy?-spytał łobuzersko, a ja popatrzyłam na niego
podejrzliwie.
Ciekawe
ile jeszcze pożyje na jedzeniu, które dałby mi Black. Powoli skinęłam głową niepewna czy oddać w jego ręce
swoje życie. Weszłam do łazienki i szybko umyłam całą twarz, a włosy związałam
w kucyka. Z rozżaleniem zauważyłam, iż na mojej prawej ręce w dalszym ciągu
widnieje szkaradna blizna, którą
zawdzięczałam Bellatrix. W roztargnieniu przejechałam palcami po wyrytych na
mej ręce literach, a w moim umyśle niczym żywy stanął obraz tortur mi zadanych.
Agonia, w której jedyną nadzieją
była śmierć, która uparcie nie
chciała nadejść. Szlama jest tym czym byłam, kolejnym kłamstwem w mej
historii,bolesnym upokorzeniem. Jestem czystokrwista, nie jest moja obsesją
bycie lepszym od innych ale czy musiałam tyle nocy przepłakać z powodu tego
słowa które w dalszym ciągu
pozostawało nie prawdą. Wciągnęłam przez głowę bluzę i starannie zakryłam
bliznę, obrzydliwą skazę na mym ciele, nie dającą zapomnieć o krzywdach mi
wyrządzonych. Jestem zdrowa nic mi nie dolega, ale cienie przyszłości, a mojej
przeszłości ciągną się za mną niczym stalowe łańcuchy. Patrzę w lustro
obramowane złotem i widzę siebie. Mam umęczone brązowe oczy z plamkami złota i
czarne długie włosy, których końce
są poszarpane. Moją twarz zdobią zadrapania, a wory pod oczami odznaczają się
fioletem na mojej jasnej skórze.
Ile musi minąć aby przestała wyglądać jak ofiara wojny? Już nie liczę, na to że
zapomnę ale przynajmniej mam nadzieję, iż zdobędę na tyle sił aby udawać.
William
Nie wiem co to było.
Mój umysł nie potrafi ogarnąć tego cię się zdarzyło. Granger nie jest tym za
kogo się podawała, przeszła przez ten portal… pytanie dokąd? I czym jest to co
znalazłem? Niby zwykły medalion jednak w środku... Zaklęcie na niego rzucone musiało
być niezwykle silne. Wracam wolnym krokiem do zamku przedzierając się przez
gąszcza. Nagle słyszę szelest liści za mną. Obracam się gwałtownie, przed sobą
widzę umęczoną twarz Amycusa Carrow. Automatycznie sięgam po różdżkę i celuję w
nią w mężczyznę. Śmierciożerca śmieje się histerycznie.
-Williamie czyżbyś
mnie nie poznawał? Prawda upadliśmy ale nadal jest szansa, iż wygramy. To my
jesteśmy potęgą tego świata-jego chrapliwy głos przerywa ciszę a ja mimowolnie
się wzdrygam.
-Ja nigdy nie byłem
po waszej stronie-syczę przez zaciśnięte zęby.-Drętwota!
Promień miał
sparaliżować mężczyznę, ale on jedynie nadal się śmieje nawet się nie
zorientowałem kiedy wyczarował blokadę.
-Avada
Kadavra!-krzyczy Carrow
Zielony strumień
magii powinien był mnie zabić gdybym nie rzucił się na ziemię w ostatniej
chwili. Uderzam boleśnie kolanem o wystający korzeń ale i tak lepsze to niż
śmierć. Zanim czarodziej rzuci ponownie śmiercionośne zaklęcie rzucam się na
niego i powalam na ziemię. Wymierzam mu prawego sierpowego i zanim zdążyłem
pomyśleć w moim umyśle pojawiło się zaklęcie "Drętwota" czuję jak
mężczyzna zamiera. Magia niewerbalna…Jak? Na to trzeba lat ćwiczeń. Wyjmuję z
kieszeni medalion wiedziony nagłym natchnieniem. Cały jest gorący jakby ktoś
włożył go do paleniska. Wygrawerowany na nim kruk jarzy się czerwoną poświatą.
Dotykam opuszkami palców srebro ale zaraz cofam je z sykiem. Medalion ponownie
ląduje w mojej kieszeni. Muszę odkryć o co chodzi lecz jak na razie mam wojnę do ogarnięcia.
-Wingardium
Leviosa-mruczę i wykonuje charakterystyczny ruch ręką.
Ciało mężczyzny
lewituje za mną gdy ponownie wznawiam drogę do Hogwartu. Gdy znajduję się na
obrzeżach tak jak wcześniej ze zdziwieniem zauważam, iż wszystko opustoszało.
Nie słychać już lamentów bliskich ofiar nie ma krzątających się czarodziei
znoszących trupy do Wielkiej Sali. Zapadła chorobliwa cisza… Cisza czasem
oznacza dobro a czasem wręcz przeciwnie, zwiastuje burzę. Nie świadomie staram
się kroczyć tak aby wywołać jak niemniej hałasu. Mam przeczucie, że ta chwila
cokolwiek ma się teraz zdążyć zwiastuje wielkie zmiany. Podkradam się do Sali
Głównej, zauważam po drodze wielkie zniszczenia jakie odniósł Hogwart, lecz
zamek da się odbudować, ludzi ożywić nie. Cisza, cisza, cisza… Nie ma nic
bardziej dobijającego w tym momencie od ciszy. Wolałbym już usłyszeć okrzyki
bólu, dźwięk pękających ścian, okrzyki triumfy wszystko niż to. Milczenie
powoduje, że staję się niespokojny. Zostawiam Carrowa pod ścianą i Popycham rozpadające się drzwi, a następnie
wchodzę do Wielkiej ciszy. Skrzypienie rozlega się echem w ciszy. Spojrzenia
ocalałych kierują się na mnie, a wszystkich jakbym wybudził z transu. Nagle
parę rzeczy dzieje się naraz, Ronald Weasley rzuca się na mnie z pięściami, moi
rodzice dotychczas ukryci w cieniu uśmiechają się szeroko a Dracon Malfoy
patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ląduje na ziemnej posadce i uderzam głową o
schody, rudzielec wali mnie pięścią w nos i słyszę nieprzyjemny dla ucha trzask
łamanej kości.
-Panie
Weasley!-krzyczy profesor McGonagall
Zrzucam z siebie
gryfiaka i odpycham od siebie. Wstaję i podnoszę rękę do nosa.
-Wiesz co?Chyba już
wolę Carrowa mimo że tamten stosował Avade żeby mnie załatwić. A teraz może
łaskawie byś odpuścił bo nie chce mi się zniżać do twojego poziomu IQ
Przybieram na twarz
maskę obojętności i podchodzę do rodziców. Cała sala zamiera w oczekiwaniu.
Widząc uradowane spojrzenia mamy i taty wzruszam ramionami.
-Na serio
myśleliście że któryś z tych niedorozwojów mógł mnie zabić?-pytam ironicznie
ale mimo to pozwalam matce się przytulić.
W gruncie rzeczy
cieszę się, iż nic im się nie stało w końcu są moimi rodzicami. Odwzajemniam
uścisk, ale po chwili czując na sobie czyjś natarczywy wzrok wyplątuje się z
uścisku. Obracam się twarzą do czerwonego ze złości rudzielca.
-Ty parszywy
arystokrato jak śmiesz?!-wrzeszczy
Przewracam oczami i
opieram się swobodnie o ścianę w oczekiwaniu jak skończy swój równie
bezsensowny jak on sam monolog. Wyzwiska pod moim kontem padają nieustanie, a
ja ziewam zrezygnowany.
-Weasley czy ty
przypadkiem nie powinieneś opłakiwać brata?-pytam znudzony
Ronald zamilka i
wygląda jakby ktoś go uderzył. Nagle jego twarz staje się trupio blada. Obraca
się na pięcie i idzie chwiejnym krokiem w kierunku rodziny. Nikt nigdy nie
mówił chyba, że wojna jest łatwa. Jeśli wam tego nie uświadomiono jestem do
waszych usług w końcu czego się można było spodziewać po ślizgonie? Wojna
zabiera nam wszystko co najdroższe i każdy kto się na nią porywa powinien o tym
wiedzieć. W końcu to my tracimy… Zmarli już nic nie czują na ziemi pozostają
tylko słodko- gorzkie wspomnienia po umarłych. Trupy nie opłakują bliskich, nie
cierpią, nic nie majaczy na skraju ich pamięci niczym potwór, my, którzy
przeżyliśmy powinniśmy im zazdrościć.
~~
Można liczyć na waszą opinie? I stwierdzam, że nie umiem pisać długich rozdziałów nie wychodzą mi po prostu :( Dla mnie rozdział takie średni a wam jak się podoba? Łapcie Syriusza tu :)
Kochanaa ♥♥
OdpowiedzUsuńCudo ♥♥♥
Ale wiesz, że ci się czasy mieszają, prawda? Niezbyt ci czasy powychodziły, ale oprócz tego jest ok :)
Weny, Zozolku :*
Mi bardzo się podobał ten rozdział. Co prawda mocno namieszałaś z czasami (ale w fizyce kwantowej jeszcze gorsze rzeczy się dzieją, więc ci wybaczę ;) ), ale za to treścią nadrabiasz. Sama też wolę pisać niezbyt długie rozdziały (powyżej 4 tysięcy wyrazów zaczynam przynudzać, więc staram się tworzyć krótsze wpisy).
OdpowiedzUsuńCudowne za kończenie. Bardzo mądrze napisałaś o prawach władających światem w czasie wojny. Martwi już niczym nie muszą się martwić, cały ciężar spoczywa na barkach tych, którzy pozostali.
Zapraszam do mnie na nowy rozdział :)
http://nocturne.blog.pl/